Przeciwnym lecz przeciwne czy podobnym lecz podobne?

Każdy z nas zastanawiał się pewnie wielokrotnie jak się leczyć? Obserwując holistyczne, starożytne, ale również nowoczesne systemy medyczne, możemy zaobserwować dwa przeciwne nurty. Pierwszy to „Similia similibus curantur” („Podobnym lecz podobne”; wykorzystywane m.in w homeopatii i alchemii). Drugi – „Contraria contraris curentur” („Przeciwnym lecz przeciwne”). Pierwszym i podstawowym warunkiem korzystania z obu wymienionych metod jest oczywiście z jednej strony dobry, najlepiej polecony specjalista (np. Lekarz ajurwedyjski lub lekarz medycyny integralnej) oraz… obserwacja. Dokładnie tak! Aby wiedzieć jaką dietę, zioła, naturalną terapię zastosować trzeba się w pierwszej kolejności poznać. Zajrzeć do środka. Zobaczyć jak wygląda nasze samopoczucie fizyczne i psychiczne. Centymetr po centymetrze przeskanować nasze ciało. Zaobserwować gdzie występują blokady energetyczne. W końcu przeskanować nasz umysł, emocje (szczególnie te wyparte) i uwarunkowania. Słowem wziąć odpowiedzialność za nasze zdrowie – całościowo i holistycznie. 

Ajurweda, starożytna nauka o zdrowiu opiera się na tym drugim i naszym zdaniem prostszym sposobie – przeciwnym lecz przeciwne. Podpowiada jak stosując pokarmy, zioła, asany jogi, masaże i zabiegi olejowe czy techniki oddechowe, słowem cały styl życia równoważyć te żywioły (lub innymi słowy dosze), które mamy w nadmiarze, a zwiększać ilość tych, których nam brakuje. Jak wracać do równowagi, która zdaniem ajurwedy jest warunkiem naszego zdrowia, szczęścia i dobrego samopoczucia. 

Jak to zrobić? Matka Natura jak zwykle podaje najlepszą receptę – tzw. Doktrynę sygnatury, która funkcjonuje w większości znanych nam filozofii i naturalnych systemów medycznych .(…) Zgodnie z prawem sygnatur, czyli starodawną zasadą odwzorowań, która jest nadal stosowana w ziołolecznictwie i innych odmianach medycyny naturalnej, czasami już sam wygląd rośliny bądź innej substancji wskazuje możliwość jej zastosowania (…) – pisze Paul Pitchford, światowej sławy dietetyk w „Odżywianiu dla zdrowia”. Jednak doktryna/prawo sygnatur (zwane również doktryną korespondencji) jest szerszym pojęciem. Maciek podkreśla, że bardzo logicznie i niezwykle wnikliwie opisuje ona właściwości danej rośliny. Przykład? Ostatnio w naszej szerokości geograficznej coraz bardziej popularna stała się… woda kokosowa Kiedy widzę jak ktoś wkłada ją do koszyka z zakupami w grudniu, moje ciało przeszywają dreszcze. Dlaczego? Kokosy rosną m.in. w Indiach lub sąsiadującej z nimi Sri Lance. W obu tych krajach panuje najczęściej upał i wilgoć. Z tego właśnie powodu kokos ma właściwości wysuszające i wychładzające. Pokrzywa rośnie na terenach bagnistych. Nie trudno się więc domyślić, że będzie miała właściwości wysuszające. Pokryta jest „małymi włoskami”, więc świetnie oddziałuje na nasze włosy. Orientalne przyprawy choć dojrzewają najczęściej w upalnym klimacie idealnie wpisują się w zapotrzebowanie energetyczne mieszkańców danej szerokości geograficznej. Chronią ich układy pokarmowe przed wirusami czy patogennymi bakteriami. Zbawiennie wpływają na ich trawienie. Słowem równoważą wszystkie ich „nadmiary i niedobory”. Dlatego w większości naszych książek zachęcamy do sezonowości i… lokalności. Z jednym małym wyjątkiem: przyprawami. W tym przypadku korzystamy z globalizacji. Stosujemy oczywiście zioła i przyprawy, które rosną w naszej szerokości geograficznej, ale uzupełniamy je o intensywne i aromatyczne: kurkumę, kmin, czarnuszkę czy kardamon. Znając ich smak i właściwości, wykorzystujemy je aby wrócić do równowagi. Łączymy, a nie dzielimy. Tym sposobem ponad 90% naszych dań najczęściej jest sezonowa i lokalna, a te kilka procent stanowią „przyjezdne” przyprawy. 

Prawo sygnatur w piękny sposób pokazuje, że wszyscy jesteśmy powiązani. Klimat i energetyka danego miejsca wpływa na właściwości rosnących w nim roślin. Później te rośliny oddziałują na zdrowie i poziom energii zamieszkujących je osób. 

Zastanówmy się teraz jak prawo sygnatur przełożyć ze skali makro na mikro, czyli m.in. na naszą kuchnię i łazienkę, czyli dwa główne filary naszej domowej, ajurwedyjskiej apteczki? Opiszę to na naszym przykładzie. Teraz będzie wyznanie – czasami się z Maćkiem kłócimy. Ostatnio te kłótnie najczęściej mają miejsce w samochodzie. „Maciek czy mógłbyś włączyć ogrzewanie” – pytam męża w trakcie naszych częstych podróży po Polsce. „A może zamiast tego otworzymy okno” – przewrotnie odpowiada. Jemu gorąco, a mnie zimno lub odwrotnie mnie zimno, a jemu gorąco. Każde z nas potrzebuje innych przypraw, produktów, natury termicznej i konsystencji. Ja, szczególnie po porodzie mam ochotę na wszystko co rozgrzewające, kojące, odżywcze i mokre. Maciek nawet jesienią i zimą sięga po delikatnie ochładzające zboża i przyprawy. Stroni od cebuli i czosnku. Gotując i doprawiając stosujemy zasadę złotego środka. Podobną stosujemy w łazience. Od kilku miesięcy intensywnie olejuję moje ciało, codziennie po prysznicu, zimno tłoczonym olejem sezamowym z dodatkiem naszego oleju do ciała VATA Prakriti. Połączenie m.in. ashwaghandy, arcydzięgla, skrzypu, shatavari. tarataku, lukrecji, imbiru i cynamonu cejlońskiego nie tylko rozgrzewa mój wychłodzony organizm, ale również odżywia skórę, jelita, kości i układ nerwowy. Uziemia mnie i uspokaja. Pomaga mi zasnąć. Maciek nawet o tej porze roku do oleju sezamowego lub migdałowego dodaje kilka kropelek ochładzającego oleju do ciała PITTA Prakriti. Oboje stosujemy jednak nasz olej do twarzy. I wiecie co? Pisząc ten tekst uświadomiłam sobie, że nasz związek jest trochę „ajurwedyjski”, a trochę „homeopatyczny”. Bazuje na owych dwóch starożytnych metodach. W niektórych aspektach „podobnym leczymy podobne”, a w innych „przeciwnym przeciwne”. Koniec końców każdy z nas jest przecież z jednej strony całkowicie inny, a z drugiej taki podobny…



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.